XVIII
poniedziałek, 23.stycznia.2012, 22:00
Tęsknię.
Boże, jak ja czasami tęsknię za tym co było. Co było... złe.
Oglądam zasrane zdjęcia z byłego gimnazjum. Wracają wspomnienia z trzech najgorszych lat mojego życia. Znów widze te twarze, ważne twarze...
I trochę tęsknię. Chciałabym znowu poczuć ten zapach, który towarzyszył mi kiedy robiłam to tam, wtedy, w szkole. Niejasną grę świateł i cieni ślizgających się po tych obrzydliwych korytarzach, po których chodziłam i myślałam o tym. Wejść znowu do sali nr 14, zobaczyć się z panią Anią. Usiąść na obdartej z olejnej farby ławki przed szkołą...
Przejść tę drogę prowadzącą od przystanku pks do szkoły. Iść przez ten cholerny wiadukt, przy którym tak często przystawałam i patrzyłam w dół na skaliste dno. Tak cholernie przyjemnie skaliste... Pójść dalej w stronę szkoły. Od nowa przewałkować ten sam temat w tym samym miejscu co kiedyś.
Posłuchać przy tym wszystkim piosenek, których słuchałam najczęściej w tamtym okresie.
"wtedy zobaczę zdjęty sznur od firanek i otwartą brzytwę na stole..."
"oczy masz blade, ślepe, ogromne..."
"ręce masz zimne..."
Przeżyć jeszcze raz, odkryć na nowo ten mój wewnętrzny świat, którego stworzyłam sama. Tak idealnie czerwony. Szalony.
...ukochany...
"stoję, czekam, boję się oszaleć, widzę CIĘ z daleka"
Odciąć się od wszystkiego i wszystkich. Żyć sama. Wybierać ofiary, które dowiadywały się o moim świecie.
Które nie rozumiały nic.
Które nie potrafiły i nie mogły mi pomóc...
Bo ja tak naprawdę jej nigdy nie chciałam. Nigdy nie mogłam zrozumieć, że tak właściwie... Kochałam ten cholerny czerwony świat.
"szalone czerwone słowa krwią wypisujesz na ścianie"
Aż do momentu kiedy byłam zmuszona go zniszczyć.
Rozpieprzyć coś, co tak skrupulatnie, z namaszczeniem stworzyłam. Wzniosłam jak architekt najukochańsze dzieło.
Zniszczyłam ten świat...
...niezupełnie.
...
Boże, co ja piszę. Przecież jest już dobrze. Dobrze. Musi być dobrze.
Lepiej jest bez tego, naprawdę. Nie czuję tego dławiącego poczucia winy, że znowu kłamię w oczy najbliższym osobom i ranię je raniąc siebie.
Jest lepiej, lepiej...
Ale wciąż czasami za tym tęsknię, to przychodzi nagle, na chwilę, jak odległe, dziwne wspomnienie...
-Ani szczęśliwe, ani tragiczne.-
...i znika w wirze codziennych zajęć i obowiązków.
Wizja odbudowania mojego małego świata jest kusząca jak heroina dla byłego narkomana. Jak można więc przeczyć, że to także jest uzależnienie?
Ale ja już wiem, wiem o tym doskonale, wiem jak znowu by się to skończyło. Zaspokojona ochota na ból z każdym dniem byłaby jednak coraz większa.
Zresztą... jakkolwiek bardzo chciałabym to opisać... nie potrafię.
Uczucie z jednej strony cudowne, z drugiej dławiące, przerażające.
Uczucie nienawiści do samej siebie.
Czasami myślę, że jednym z powodów dla których lubię ten mój świat jest to, że... ludzie się tego boją. Nie rozumieją tego więc czują przed tym lęk. Ludzie boją się niezanego. Boją się Boga, którego nigdy nie poznali przez zmysły, tak jak tysiące lat temu lękali się burzy, której z fizycznego punktu widzenia nie potrafili wyjaśnić.
Chyba lubię, kiedy ludzie się mnie obawiają.
Bo nie wiedzą, co szaleniec ma w głowie... Patrzą z przerażeniem, kiedy rysuję w zeszycie kolejną żyletkę, jakbym miała za chwilę wyciągnąć prawdziwą i się przy nich okaleczyć.
Nic podobnego. 2 miesiące jestem czysta i nic takiego się nie dzieję. A oni wciąż się boją.
Boją sie chyba bardziej niż ja. Raczej nie o mnie. Lękają się być tego świadkiem...
Może czasami rysuję je właśnie dlatego, żeby patrzeć jak są przerażeni, chociaż dobrze to ukrywają. Ale widzę to w ich oczach. Nie rozumieją tego, więc się lękają. A moja chora dusza wtedy się śmieje...
Nie myślcie jednak wszyscy Ci, którym o tym powiedziałam, że śmiałam się, kiedy się o mnie martwiliście, kiedy staraliście się mi pomóc.
Nie śmieję się z was.
Śmieję się z tych, którzy lękają się samego tego faktu, że kiedyś coś takiego robiłam. Śmieję się z tych którzy boją się nie o mnie, ale mnie. Tego co siedzi mi w głowie i czego nie rozumieją.
"Ile Cię trzeba dotknąć razy, żeby się człowiek poparzył?
Tak żeby już więcej ani razy,
Żeby już więcej za nic!"
XVII
sobota, 5.listopada.2011, 17:09
Między młotem a kowadłem. Cokolwiek zrobię decyzja będzie błędna. Jakkolwiek nie wybiorę skutek okaże się tragiczny.
Kogo bardziej skrzywdzę. Siebie czy jego.
I czy jego da się jeszcze bardziej skrzywdzić?
A może niezależnie od tego co zrobię on i tak się na to porwie?
Odejść. Mieć święty spokój, zagłuszać sumienie, wmawiać sobie, że to nie moja wina. Nie być już więcej raniona. Nie ukrywać się już przed świtem. Wyjść z milczenia.
Zostać. Milczeć. Udawać? Mieć nadzieję, że to mu pomoże. Cierpieć. Oszaleć. Starać się. Nie poddawać.
Na pograniczu szaleństwa.
Chcę znów siebie zranić. Teraz już nie mogę. Zbyt wiele od tego zależy. Będę za tym tęskniła.
Czerwony świat. Moja wybujała wyobraźnia potrafi zbudować swój własny. Czasami idę chodnikiem, a pod butami chlupocze krew.
Niekiedy szkolny korytarz zalewa jej morze.
Ludzie z zakrwawionymi twarzami uśmiechają sie do mnie szyderczo.
Nie patrz przez okno. Tam stoi samobójca.
To tylko wymysły, których jestem wciąż świadoma.
Potrzebuję kogoś, na kogo będę mogła liczyć w każdej sytuacji.
Do której będę mogła zadzwonić o 3 w nocy i powiedzieć, że się boję, a ona nie będzie miała nic przeciwko żeby ze mną porozmawiać.
Nie znam takiej osoby.
Znowu całymi dniami leżę w łóżku i patrzę się w zimną ścianę.
Kiedy miałam 13 lat myślałam, że świat jest zły. Co ja wtedy do cholery mogłam o tym wiedzieć...?
"Zegar wybija rozstanie, nie cofną moje wskazówki"
Gorzej niż kiedykolwiek. Nie mogę nikomu nic powiedzieć. Nie mogę sobie niczego zrobić.
Emocje siedzą we mnie. Odsuwam się od wszystkich, po czym rozpaczliwie szukam kogoś, kto mi pomoże.
Ale nie pomoże nikt.
Czekam na wewnętrzną eksplozję niewypowiedzianych uczuć.
XVI
poniedziałek, 14.lutego.2011, 17:59
Wyszłam z gabinetu. Trzasnęły drzwi. Szaleńczym wzrokiem rozejrzałam się powoli. Wbiegłam na drugie piętro, wpadałam do swojego pokoju. W moich rękach, nie wiem skąd, znalazła się komórka. Na jej baterii leżała żyletka, wzięłam ją delikatnie do rąk. Nie pamiętam pierwszych cięć, nie pamiętam! Nic nawet nie poczułam. Nie pamiętam bólu, nie istniał… Nigdy wcześniej nie zrobiłam tego tak mocno. Siedziałam tak z krwawiącym kolanem, z panią Ż w ręku, zasłoniłam włosami twarz. Poza ulgą było mi tak strasznie wstyd. Wiedziałam, że znowu Cię zawiodłam…
„Jeśli przyjdzie taki dzień
Runą marzenia jak mury Jerycha
Do ręki wezmę cię
I odetnę strumień życia”
Przegrałam. Po tak długim czasie znowu się poddałam.
Czasami przybiegam do Ciebie z płaczem. Chowam się w Twoich ramionach. Nie rozumiesz mnie. Mówię Ci, że jest mi źle. Że mam dość już, że się boję. Nie wytrzymam ani chwili, przygniata mnie to wszystko. Twoje problemy, moje… i jak to się na nas odbija. Że ja chyba mam depresję, znowu. Nie chcę Cię zawieść, ale jeśli zdarzy się coś…
Nie wytrzymam.
Nie rozumiałeś mowy zranionego ciała. Przecież nie mogłam mieć Ci tego za złe. Sama ledwo to pojmuję. Irytowało mnie to jednak, nie powiem. Hipokrytka.
Złe słowo. Tak bardzo wyczuliłam się na każdą krytykę, maleńką dezaprobatę. Słowa ranią mocniej niż czyny. Ale niektóre czyny mogą zmniejszyć wewnętrzny ból.
Nie wiem sama co robię. Trzęsę się cała, nie mogę usiedzieć w miejscu. Jest mi zimno, a mimo to się pocę. Czasami nawet się kiwam, wbijam paznokcie w skórę. Szalonym wzrokiem obejmuję świat. A mimo to uśmiecham się. Ten uśmiech nie jest normalny. Jest pożądliwy. Szyderczy. Jest uśmiechem żyletki. Ona śmieje się przez moje usta, słyszę, ten demoniczny śmiech. Nie żartuję…
„Dobranoc, tonę w purpurze,
Zasypiam powoli
Dobranoc, zamykam oczy
To nic nie boli”
Ale dajmy już sobie z tym spokój. Idzie wiosna. Dni są coraz dłuższe. Siedzę na lekcji a przez okno przebijają się promienie słońca. Uśmiecham się do nich, teraz już normalnie. Ludzie dziwnie się na mnie patrzą, ale mnie to autentycznie cieszy! Czy to coś złego? Idzie wiosna, skończy się depresja. Zresztą, co oni mogą o tym wiedzieć…
Delirium… Żyletka…
Ale to już i tak przeszłość.
Nowe życie czas zacząć. Ciekawe po raz który.
XV
poniedziałek, 16.sierpnia.2010, 19:06
Wakacje. Dla wielu te wspaniałe, upragnione, szalone wakacje. Dla innych – czas oczekiwania, odliczania każdego dnia do ich końca. Dni tęsknoty, nieprzespanych nocy, dziwnych snów. Godziny przepełnione pracą tylko po to, by przestać ciągle myśleć… Myśleć o Tobie.
Już przed końcem roku szkolnego wiedzieliśmy, że przez te dwa miesiące nie zobaczymy się wiele razy. Pamiętam dokładnie nasze pożegnanie. Siedzieliśmy na moim łóżku, w moim pokoju w internacie. Patrzyliśmy sobie w oczy, milczeliśmy. Bałam się, że zaraz nie wytrzymam, że się rozpłaczę. I tak w ciszy dotykałam Twojej twarzy, Twojej szyi, Twojej klatki piersiowej, jakbym robiła to pierwszy raz w życiu… i jakbym już nigdy więcej nie miała tego zrobić. Myślę, że Ty czułeś to samo delikatnie muskając moich policzków, moich stęsknionych warg. Całowaliśmy się i wpadaliśmy sobie w ramiona na przemian, bojąc się tego momentu… kiedy zobaczyłam Cię w oknie auta po raz ostatni.
Przez te całe wakacje widzieliśmy się trzy, może cztery razy, na neutralnym terenie, we Wrocławiu. Ja nie mogłam przyjechać do Ciebie, Ty do mnie też nie…
Jednak wierzę, że ten czas także wiele nam dał. Pokazał mi jak bardzo nasz związek jest już dojrzały. Mimo tych pustych, samotnych dni wciąż tak bardzo Cię kocham… a może nawet bardziej?
Nigdy nie myślałam, że kiedykolwiek pokocham kogoś tak bardzo. Nigdy nie myślałam, że w ogóle można kogoś tak pokochać. Tak komuś zaufać. Tak bardzo pragnąć bliskości drugiej osoby.
Dzisiaj jest nasza rocznica, 8 miesięcy razem. Często wspominam nasze wspólne chwile. Pierwszy pocałunek, ten w tramwaju. Noc, kiedy powiedziałam Ci o mojej przeszłości. Aquapark. Spacer na Berlin. Twoje urodziny, na których tak się sprałam, że nie wiedziałam co mówię. Boisko. Ławka w parku. Te wszystkie internackie dni… i noce. Potajemny wypad do Twojego domu. I ten nieudany pierwszy raz, który trzeba będzie powtórzyć. W sumie nie żałuję, że to się nie udało. Będzie jeszcze na to miejsce, będzie na to czas….
Dziękuję Ci za te wszystkie chwile. Dziękuję, że sprawiłeś, że tak się zmieniłam. Że zaczęłam się uśmiechać. Nie wiem czy bez Ciebie udałoby mi się z „tego” wyjść. Czy nie wróciłabym do samookaleczania. A tak… dałam radę. Już ponad rok nie zrobiłam tego ani razu i zamknęłam ten rozdział mojego życia. I dziękuję za tę cierpliwość – nie naciskałeś, czekałeś, aż będę gotowa.
Jedyne czego teraz się obawiam to tego, że coś nas rozdzieli. Nie wiem, czy potrafiłabym to znieść…
XIV
poniedziałek, 5.kwietnia.2010, 11:03
Jestem tutaj wciąż. Zostałam. Są dni kiedy dziękuję samej sobie, że się bałam. Nie odważyłam się zabić. Chociaż jeszcze dwa lata temu myślałam o tym codziennie.
Jestem tutaj wciąż. Zostałam. Są dni kiedy żałuję, że się bałam. Ale one na szczęście zdarzają się znacznie rzadziej.
W końcu jestem szczęśliwa, można by powiedzieć. Z dala od rodziców i kontroli. Robiąc praktycznie co chcę ze swoim życiem. Z osobą, którą kocham i darzę takim uczuciem jakim jeszcze nigdy nikogo nie obdarzyłam. Wiodąc szalone życie. Oddając się pasji – jeździectwu.
Czasami chciałabym wrócić do tamtych dni, poczuć piekące rany. Minęło 9 miesięcy. Nie poddam się teraz. Dam radę.
Podręcznik do biologii, strona 249: „Możliwe jest zatrzymanie czynności wykonywanych pod wpływem trudnego do opanowania wewnętrznego przymusu, lecz nie całkowite wyleczenie.” Czy to znaczy, że powinnam iść do psychiatry? Nigdy w życiu… Czy to znaczy, że nie robiąc tego i tak nigdy nie przejdzie mi na to ochota? Boję się… Ale wierzę, że to bzdura. W końcu coraz rzadziej zdarza mi się o tym myśleć, chcieć tego. Czasami wręcz nie wyobrażam sobie jak mogłabym siebie skrzywdzić…
I wiem, że wyjazd z domu pomógł mi bardzo. Tutaj mam zbyt wiele złych wspomnień. Te miejsca, te twarze… Nienawidzę ich.
To tu, we Wrocławiu znalazłam lekarstwo. Miłość. To Ty pozwoliłeś mi uwierzyć, że nie jestem nikim. Sprawiłeś, że zaczęłam szanować własne ciało. Kochać je.
Dałeś mi tak wiele. Nie wiem, czy dałabym sobie radę bez Ciebie.
I mimo, że otrzymałam od świata tak wiele po latach cierpienia, czasami wciąż nie umiem się z tego cieszyć. Są dni kiedy myślę, że jestem najszczęśliwszą osobą na świecie. A później jest czas użalania się nad sobą, szukania dziur w moim nieidealnym życiu. Nie wiem, dlaczego to robię. Wiem, że nie powinnam.
Często mam po prostu jakieś wygórowane, nierealne wymagania. Marzę o tym, żeby moje życie było ideale pod każdym aspektem. A to niemożliwe…
Czasami boję się z Tobą rozmawiać o mojej przeszłości. Obawiam się, że deszcz, który minął zamoczy nasz związek. Że mnie znienawidzisz, kiedy dowiesz się o mnie zbyt wiele. Stwierdzisz, że jestem nienormalna. Uciekniesz, zamiast wytrzeć mi łzy. Zostawisz, zamiast przytulić. Nie zrozumiesz, nie będziesz chciał słuchać…
„Uwierz miła, wiem jak to boli,
Kuszą śliskie parapety…”
Chyba po prostu przestanę się tak tym wszystkim przejmować. Uśmiechnę się. I powiem znowu czując, że serce chce z radości wyskoczyć mi z piersi, prosto w oczy: Kocham Cię…
XIII
niedziela, 7.lutego.2010, 21:25
Strach. Obawy przed rozmaitymi rzeczami, sytuacjami, osobami. Trwoga przed zdarzeniami z przeszłości, które, zdawałoby się, mogłyby nas ponownie dosięgnąć. Lęk przed przyszłością, której nigdy nie jesteśmy w stanie przewidzieć. W końcu najbardziej obawiamy się tego, co jest nam nieznane.
Strach. Czy to przed śmiercią kogoś bliskiego, czy przed ciężką chorobą, zdradą, niepowodzeniem, ciemnością, samotnością... Dotyczy chyba każdego. Czy to świadomie, czy podświadomie. Każdy z nas czegoś się boi.
Strach. Czym on jest? Wytworem umysłu? Intuicją?
Tak często go odczuwam. Tak często nie daje mi spokoju.
Bezsenność. Przecież na każdym kroku mojego życia może czekać niespodzianka, która odwróci je do góry nogami. Przecież cokolwiek nie zrobię nie mogę uchronić się przed tym, że jednak coś pójdzie nie tak. Nie mogę uchronić się przed cierpieniem.
Nieustanne myśli kłębiące się w mojej głowie. A jeśli stanie się coś między nami, jeśli któreś z nas postanowi odejść? Boję się, tak bardzo boję się, że któregoś dnia nasza miłość… się skończy. Boję się, tak bardzo się boję rozstania, samotności…
Przyspieszone bicie serca. Przecież być może teraz właśnie dzieje się coś, o czym powinnam wiedzieć. Przecież być może w tej chwili ma miejsce coś strasznego… a ja nie mam na to żadnego wpływu.
Strach. Lęk przed tyloma rzeczami. Przygniata mnie ostatnio. Szczególnie, kiedy jestem sama, zamknięta w czterech zimnych ścianach swojego pokoju. I zaczynam myśleć. Myśleć zbyt wiele. Wyobrażać sobie coś, co nie istnieje, ale może zaistnieć…
Strach. A połowa moich obaw nie spełni się nigdy, a najgorszych nawet się nie spodziewam. I właśnie dlatego boję się jeszcze bardziej.
Strach. Jak go pokonać? Czy to logiczne bać się czegoś, co nie musi się w ogóle wydarzyć?
Strach. Bezskuteczna walka z nim.
XII
niedziela, 27.grudnia.2009, 19:23
Od ostatniej notki zmieniło się w moim życiu wiele i to w bardzo krótkim czasie.
Jak każda miłość bez jakiejkolwiek wzajemności ta skończyła się tak samo – fiaskiem. Powoli we mnie obumierała, każdego dnia i z każdą porażką. Szczególnie wtedy, kiedy Michał dawał mi wyraźnie do zrozumienia, że nawet w jednym procencie nie jest mną zainteresowany. A ja głupia wmawiałam sobie ciągle, że go kocham. Dobrze wiedziałam, że koniec miłości jest dla mnie także jest cierpieniem. Przecież to właśnie był powód sięgnięcia po panią Ż. Taka już jestem…
Jednocześnie nie można przecież w nieskończoność siebie okłamywać. Pewnego ranka jadąc do szkoły tramwajem słuchałam pięknej ballady „Snuff”. I wtedy pierwszy raz moje podświadome uczucia wypłynęły na powierzchnię. Wtedy złapałam się na tym, że nie myślę o Michale, ale o Łukaszu… Wtedy wiedziałam już, że Michał to przeszłość. Patrzyłam na niego i nie czułam już nic. Nawet żalu. Zniszczyłam kartkę z jego pismem, która wisiała w pokoju nad biurkiem. Zmazałam jego imię ze ściany.
Tego samego wieczoru całe moje życie miało zmienić się o 180 stopni. Tego samego wieczoru leżałam wtulona w Łukasza, a on trzymał moją dłoń. Tego samego wieczoru byłam tak szczęśliwa…
Każdy następny dzień przynosił nowe przeżycia. Wszystko działo się tak szybko. Już następnego dnia pocałował mnie w tramwaju. I wszystko jakoś się potoczyło, że staliśmy się szczęśliwą parą…
Szczęśliwą? No… nie zawsze nasze życie wyglądało jak bajka. Ja nie potrafiłam mu zaufać, zbyt wiele razy cierpiałam przez facetów. Bałam się, że on tylko się mną bawi. Wszystko działo się dla mnie odrobinę za szybko. Czułam się jakbym była pusta i łatwa. Wyrzucałam sobie, że całowałam się z chłopakiem, którego nazwiska (jeszcze wtedy) nawet nie znałam.
On mówił mi, że mnie kocha więc co miałam odpowiadać? Kłamałam, że czuję to samo chociaż czułam, że gram nie fair. Nie wytrzymałam i powiedziałam mu o tym. Powiedział wtedy, że jestem osobą, za którą skoczyłby w ogień. Nigdy nie zapomnę tego, jak wtedy na mnie spojrzał. Tych jego smutnych oczu. Coś we mnie wtedy pękło… Zrozumiałam, że jemu naprawdę na mnie zależy. I zaufałam odrobinę bardziej. Odrobinę, która była niezbędna do kontynuacji naszego związku.
Później było naprawdę pięknie. Nasze wspólne chwile. Niezapomniane. Wstawanie o piątej rano kiedy wychowawczynie śpią i kiedy mogliśmy spokojnie razem poleżeć. Plotki wychowawczyń na nasz temat. Pocałunki. Zawsze i wszędzie. Rozmowy o wszystkim i o niczym…
Ale przecież nic nie trwa wiecznie. I nadszedł czas świąt, pojechaliśmy do swoich domów odliczając dni do następnego spotkania. Dzieli nas jeszcze tydzień. Najdłuższy tydzień w naszych życiach. Pierwszy raz tak bardzo nie chciałam świąt.
Wciąż mam przed oczyma nasze pożegnanie. Wtedy powiedziałam ci po raz pierwszy szczerze, że cię kocham. Byłam już pewna… Ale nagle w uszach zadźwięczał nam gwizdek a my wciąż nie mogliśmy uwolnić się ze swoich objęć w drzwiach pociągu. Ale one się zamknęły. Przez zamglone łzami oczy zobaczyłam tylko jak mignąłeś mi w oknie.
Ale przecież wytrwamy. To tylko głupi tydzień…
A co do wyżej wymienionej pani Ż. Pół roku bez niej.
XI
piątek, 13.listopada.2009, 15:31
Breslau. Piękne miasto? Tak mówi wielu ludzi. Ja nie widzę w nim nic nadzwyczajnego. Miasto jak każde inne. Hałas, korki, budynki, budynki, budynki... No, i ON. Kolega z klasy.
Jak to się właściwie stało, że ja, która zawsze narzekała na swój los, otrzymałam od życia coś takiego? Jakim cudem udało mi się spotkać takiego człowieka? Przypadek goni przypadek. Czasami nawet zaczynam wierzyć w przeznaczenie.
Ta sama szkoła. Ta sama klasa. Ten sam profil. Gdybym wybrała inne języki być może nigdy nie poznalibyśmy się. Ale to tylko część rzeczy które nas łączą. Ta sama ulica. Lepiej. Ta sama muzyka...
I mimo tych wszystkich wspólnych cech do tej pory nie rozmawialiśmy ze sobą praktycznie ani razu. Aż do tego poniedziałku. Po prostu - zachorowałam. I kto mi podrzuci zeszyty kiedy znowu tam wrócę? Oczywiście ten, który mieszka najbliżej...
"Który jest jak Bóg" - mówi mi słownik imion. A ja - "walka + potęga". Cóż może wyniknąć z kompilacji naszych imion? Walka o tego, który jest jak Bóg. Michał jest jak Bóg? Owszem, to na pewno. Pod względem wyglądu oczywiście.
Niby wygląd to nie wszystko. Ale przecież jest też ważny, nie łudźmy się. A on ma "to coś" co przyciągnęło moją uwagę. Trudno to opisać, nie potrafię przelać swoich myśli na papier (czy też raczej: na klawiaturę). Ale ten jego profil. Mogłabym na niego patrzeć godzinami. Jestem pewna, że nie znudziłoby mi się nigdy. Aż mam wtedy ochotę wsiąść do ręki ołówek i go narysować. Jest absolutnie cudowny. I ten jego płaszcz, w którym zwykle chodzi. Kiedy widziałam go w nim po raz pierwszy - przysięgam - zadrżały mi nogi. No, i gra na elektryku...
Z tego całego opisu można by wywnioskować, że jedyne co mi się w nim podoba to wygląd. Nie. Kocham jego charakter. Nastawienie do życia. Kłócenie się z nauczycielami (którzy są zbyt ślepi, żeby zauważyć rzeczy oczywiste).
Zresztą. Po co to wszystko pisać. Trzeba go poznać żeby wiedzieć o kim w tej chwili piszę.
I wszystko wydawałoby się wręcz idealne, cała ta nasza historia. Ale… no właśnie, zawsze jest coś co może być przeszkodą nie do pokonania. Bo jaką mam pewność, że on mnie chociaż polubi? Żadną
„To ja, władca marionetek pociągam za twoje sznurki
Wnikam w twój umysł, niszczę twe marzenia
Oślepiony przeze mnie nie możesz nic zobaczyć
Teraz wezwij mnie, chcę słyszeć twój krzyk
Panie! Panie!”
Metallica – Master of Puppets
X
sobota, 29.sierpnia.2009, 17:33
Było hasło, a wyżej niego napis "na jakiś czas...". Ale ten "jakiś czas" nie trwał, jak miałam w planach, dwa tygodnie tylko dwa miesiące. Zresztą. Nie zaglądam tu zbyt często. Chyba nigdy nie zaglądałam.
Wakacje się kończą. Nowa szkoła zbliża się wielkimi krokami. Strasznymi krokami. Chociaż mówię, że się nie boję, bo nie ma czego, tak naprawdę mam pewne obawy. Jak chyba każdy kogo czeka nowy świat - nowe miasto, nowi ludzie.
Za dwa dni stąd wyjadę. Nie będzie już ciszy. Nie będzie luźnych wieczornych jazd na koniu za płotem bez zobowiązań, bez instruktorów. Nie będzie spacerów po polach. Świeżego powietrza. Tylko hałas. Ale miasto przecież ma swoje dobre strony. Nowi znajomi, więcej niezależności. Coś za coś.
Te dwa miesiące spędziłam w dość idiotyczny sposób. Wyłączam z tego tylko 10 dni w Lewadzie, tydzień pracy w stajni, próbę nauczenia Maryśki działania na łydki (niestety po powrocie z obozu już jej nie było...). Tak naprawdę wakacje kojarzą mi się z pracą w sadzie, koszeniem trawy i wielogodzinnym graniem w WoW'a. Beznadziejne wakacje? Nie przepadałam za tą pracą, ale mimo wszystko już za wakacjami tęsknię. Tak samo jak wtedy, kiedy wracam z beznadziejnej imprezy a potem stwierdzam, że świetnie się bawiłam...
Pisząc o zaletach miasta zapomniałam o jeszcze jednym - o nowej, lepszej stajni. O szansie na uzyskanie lepszych wyników w jeździectwie. O zdaniu na brązową odznakę PZJ, o skokach przez przeszkody. Mam nadzieję, że nowa stajnia okaże się naprawdę tak dobra, jak to sobie wyobrażam ;).
IX
wtorek, 16.czerwca.2009, 18:58
Od jakiś czterech tygodni prawie codziennie pada deszcz. Co się z tym wiąże – jako typowa „pogodynka” od tych kilku tygodni czuję się koszmarnie. Nie jestem w stanie do najmniejszego wysiłku psychicznego lub fizycznego dlatego dni wyglądają jednakowo – albo śpię albo siedzę na kompie. Totalny bezsens , nuda oraz brak najważniejszej rzeczy w moim życiu – koni.
Jak można nietrudno zgadnąć humor mam całkowicie zrąbany. Niedawno zostawił mnie, jak wtedy mi się wydawało, mój najlepszy przyjaciel. Tak, kochałam go, i to przez niego napisałam poprzednią notkę. I chociaż teraz wiem, że nie jest wart mojego cierpienia od tamtego dnia wszystko posypało się jak domek z kart. W dodatku ciągle myślę o przeszłości. Ona nigdy nie odejdzie, zawsze do niej wracam. I wydawałoby się, że to wszystko jest za mną, że pani Ż całkowicie zniknęła z mojego życia. Ale przecież ona w każdej chwili może wrócić.
„Kawałek żelaza został na dnie, nawiedza ją teraz w każdym śnie.”
Tak nawiasem śniło mi się dzisiaj, że trafiłam do psychiatryka, w którym moja siostra próbowała siłą zabrać mi pamiętnik. A później, że była zima i spotkałam swojego ojca stojącego w środku miasta i miał… łzy w oczach. Jakaś kobieta powiedziała mi, że chce żebym mu wybaczyła. A ja - stwierdziłam, że to chyba niemożliwe.
Ostatnio ciągle boję się, że ktoś znajdzie i przeczyta mój pamiętnik, albo zapomnę skasować historię i wejdzie na tego bloga. Nie chcę nawet myśleć co by było, gdyby tak się stało.
Testy gimnazjalne poszły mi lepiej niż podejrzewałam. A tak się bałam, że nie będę miała wystarczającej ilości punktów. Kilka razy śniło mi się, że miałam ich 25 -.-
Przez kilka ostatnich dni moje myśli zajęte były także Martą, koleżanką z podstawówki, która… 2 lata temu popełniła samobójstwo. Znałyśmy się tylko rok. W gimnazjum nasze kontakty się urwały. Do tej pory pamiętam kiedy na przystanku zobaczyłam ogłoszenie o zaginięciu dziewczyny, a jej twarz na zamieszczonym zdjęciu wydawała mi się tak znajoma. Tak cholernie znajoma. Ostatnio udało mi się wejść na jej bloga, w którym napisała pożegnalny „List do Boga”. Tylko dlaczego nikt tego wtedy nie wziął na poważnie, dlaczego nikt nie chciał jej pomóc…? Przecież ona powinna jeszcze żyć…
W wakacje chyba odwiedzę jej grób kiedy moja przyjaciółka wróci z Irlandii. Chociaż w pewnym sensie boję się tego „spotkania”. Właściwie dlaczego dopiero teraz przyszło mi to do głowy? Egoistka.
VIII
poniedziałek, 18.maja.2009, 21:47
I znowu będzie tak, jak lat temu dwa.
I znowu przez faceta.
Nie uda się, dziś to wiem, nie uda mi się umknąć...
Przed panią Ż.
Czy kiedykolwiek jeszcze zdołam pokochać kogoś...?
Wystawiona setny raz.
Jestem beznadziejna.
O tak. Beznadziejna.
VII
sobota, 9.maja.2009, 18:03
Czasami zastanawiam się, po jaką cholerę w ogóle dodaję tutaj notki. Meczę się nad przelaniem tutaj swoich uczuć i staram się robić to jak najlepiej, a… nawet nikt tego nie czyta. Nawet osoby, które myślałam, że są moimi przyjaciółkami. No cóż…
Moje życie toczy się jak gdyby nigdy nic. Egzaminy poszły mi tak sobie. Teraz, niby już kończy się rok szkolny, ale harówy jest sporo, walka o oceny. Już nie mogę się doczekać aż raz na zawsze opuszczę tę szkołę. Nie mam z niej prawie żadnych miłych wspomnień. Naprawdę wartościowych ludzi, których stamtąd znam mogę policzyć na palcach jednej ręki… Może to dla tego przez te trzy lata z miłej i nieśmiałej dziewczyny stałam się agresywna, przepełniona nienawiścią. Zauważyłam, że kiedy w niej nie jestem zachowuję się zupełnie inaczej. To ta szkoła, to ci ludzie, którzy tam się „uczą” tak bardzo mnie zmienili. Przez pewien czas w ogóle nie wierzyłam w Boga. Teraz znowu zaczynam wierzyć, zaczynam się modlić. Wychodzę na prostą. Wygrałam z pŻ. Wygrałam z dołowaniem się i z pesymizmem.
Dlatego też nauka w nowym, dużym mieście niesie ze sobą wiele nowych perspektyw. Nowi ludzie, zupełnie inni ludzie. Nowi przyjaciele i otoczenie. A przede wszystkim – nowa stajnia. Jak na razie myślę, że zapiszę się do KJ Hucuł. Później zdam na brązową i srebrną odznakę. Chciałabym wziąć udział w jakichś zawodach. Chciałabym… tak wiele. Ale czy podołam?
Mam w głowie tyle planów, tyle marzeń. Ale nie mam pojęcia, czy dam radę je zrealizować. Chciałabym jeździć sportowo. Chciałabym przede wszystkim DOBRZE jeździć. Chciałabym… żebym po prostu była naprawdę szczęśliwa…
Dzisiaj jest rocznica. 9 maj. Dokładnie dwa lata temu zaczęła się moja "przygoda". Dziwne. Prawie zapomniałam, że to dziś jest ta rocznica...
VI
sobota, 4.kwietnia.2009, 17:09
Zauważyłam, że notki pojawiają się coraz rzadziej, ale są coraz dłuższe. Czasami wchodzę tutaj i myślę sobie, że mój blog wygląda na opuszczony. Ale tak trudno wziąć się do napisania notki. To nie to samo co na photoblogu, gdzie wystarczy kilka zdań o niczym. Tutaj chcę pisać dokładnie o swoich uczuciach i emocjach, o moim chorym życiu. A to nie zawsze jest proste, tym bardziej, kiedy chce się to przekazać to nie nudząc czytelników (których i tak jest niewielu) i nie rażąc ich mierną stylistyką. Pragnę, abym kiedyś, za kilka lat czytając te wpisy miała poczucie, że to co tu napisałam nie jest czymś bezwartościowym, opisującym rzeczy mało ważne, uczucia ulotne, zakłamane.
Przez ostatnie kilka miesięcy żyję stresem, który związany jest z egzaminami na koniec gimnazjum. Niby nic trudnego, ale jednak. W mojej głowie pojawiają się niezbyt przyjemne pytania typu: a co jeśli nie wystarczy mi punktów? Gdzie? Do LO do Wrocławia… Ale nie tylko pytania mnie prześladują, ponieważ są również wyrzuty sumienia, kiedy zamiast uczyć się siedzę entą godzinę na kompie. Nienawidzę siebie wtedy, kiedy idę wieczorem spać ze świadomością, że właściwie cały dzień zmarnowałam. A przecież powinnam była… A przecież mogłam… A przecież… Ale czasami mimo poczucia że mogłam, tak naprawdę nie jest to prawdą. Czasami po prostu nie da się siąść do książek i się pouczyć, czasami trafia mnie szlag kiedy chociaż spróbuję. W skrajnych przypadkach kończy się na płaczu i odrazie do samej siebie. Oczywiście nie oznacza to, że nie uczę się wcale, bo są także i takie dni kiedy nauka nie sprawia mi żadnych problemów. Mimo wszystko wciąż mam to paranoiczne przeczucie, że na testy nie umiem nic i wszystko zawalę.
Przez jakiś czas miałam też ciągle beznadziejny humor, chodziłam zmęczona, zdołowana i bez perspektyw na przyszłość, co zapewne miało w dużym stopniu swoje podłoże w szarej i pochmurnej pogodzie. Potrafiłam nie robić dosłownie nic, leżeć w łóżku i patrzeć się na ścianę. Powróciła wtedy także i pani Ż. Bo dzięki niej potrafiłam się zebrać w sobie, mogłam się śmiać prze tę cholerną godzinę, tańczyć, skakać i Bóg wie co jeszcze gdyby przyszło mi to do głowy. I myślałam, że już z nią zostanę na zawsze. Bo chciałam. Bo chciałam z nią żyć. Ale to wszystko się zmieniło, po słowach mamy. Ona zaczęła się domyślać, nie wiem skąd. Powiedziała, że ma wrażenie, że dzieje się to samo co wtedy. Nie, nie rozpłakałam się wtedy i nie powiedziałam jej prawdy tak jak to się dzieje w durnych brazylijskich telenowelach. Ale chyba dotarło do mnie, że jeśli będzie to trwało dalej, to w końcu ona się zorientuje, że będzie źle, że znowu będę jeździła do psychologa, albo od razu trafię do szpitala psychiatrycznego. Kilka dni później kiedy pogoda znacznie się poprawiła wszystko wróciło do normy, a pani Ż znowu „straciła pracę”. Nawet mam więcej chęci do nauki, więcej perspektyw, planów i marzeń. Coraz częściej myślę sobie, że może jednak się uda i będzie dobrze.. Ale pani Ż została pod klapką komórki. Nie wiem, po co, tak.. po prostu.
Jeśli chodzi o moje dwa sporty, to na konie być może jutro pojadę po kilkumiesięczne przerwie (od listopada nie siedziałam na końskim grzbiecie), a do Lewady jadę prawdopodobnie na drugi turnus z kilkoma osobami z poprzednich wakacji. A karate… Byłam ostatnio na kilku treningach po trzytygodniowej przerwie, ale teraz jestem chora więc nie chodzę. Zresztą niezbyt mi się chce. Powiedziałam już sensei, że w czerwcu się wypisuję, bo w LO nie będę miała czasu.
I wszystko biegnie dalej jak gdyby nigdy nic. Czasami płaczę z powodu przeszłości, czasami nie ma ona dla mnie znaczenia. Czasami zastanawiam się po co żyje, czasami zwyczajnie chce mi się żyć…
V.
niedziela, 30.listopada.2008, 19:56
Jak zwykle nie odzywałam się przez kilka miesięcy. Przeważnie kiedy nie pisałam w pamiętniku przez dłuższy czas po prostu go kasowałam. Ale nie zrobię tego. Niech tu zostanie. Ze szczerymi, długimi notkami. Potem żałowałabym, że zniszczyłam te zapiski. Tak jak wtedy, kiedy żal mi było pamiętnika, w którym zapisywałam historię o pani Ż. Spaliłam go. Szkoda. Miałabym ciekawą pamiątkę. Może nie mogłabym się pośmiać czytając tamte wpisy, ale byłby to interesujący okaz w moim pudełku z „cennymi rzeczami”. W tym pudełku znajdują się różne przedmioty. Stare pamiętniki. Zeszyt w z wierszami i ich rękopisy. Opowiadania sprzed kilku lat. Dla niektórych zapewne są to tylko jakieś śmieci. Ale ja ich nigdy nie wyrzucę. Uwielbiam je co jakiś czas przeglądać, wspominać. Wtedy mogę się przekonać jak bardzo byłam niemądra i niedoświadczona jeszcze kilka lat temu. Jak bardzo byłam głupia, chociaż wydawało mi się, że jestem tak „dojrzała jak na swój wiek”. Teraz kiedy porównuję się z innymi osobami z klasy też mam takie wrażenie. Jednak będąc sam na sam ze swoimi myślami w swoim pokoju czuję, że jestem tak strasznie niemądra i niedoświadczona. Mimo tego wszystkiego co mnie spotkało… A jednak czasami myślę sobie, że wcale nie jestem pokrzywdzona przez los. W końcu sama się o to prosiłam. Sama jestem sobie winna, że nie wytrzymałam, że wzięłam panią Ż do ręki.
Ostatnio znowu mam fazę na karate. Mogłabym codziennie chodzić na treningi. Jeszcze niedawno wymigiwałam się różnymi rzeczami, żeby nie pójść na trening. A teraz… Tak w ogóle powraca ZI. Kolejny raz. A już któryś raz z kolei byłam taka pewna, że to już absolutny koniec. Po tym telefonie ZI do rodziców kiedy powiedział im, że wydzwaniam do niego, zakochałam się w nim i chcę mu rozbić rodzinę byłam naprawdę wściekła na niego. Ale to już tak dawno było! I po prostu zaczynam wybaczać. Może to jego żona zaczęła się czepiać i dlatego zadzwonił? Może nie zrobił tego z własnej woli? Zresztą na początku po tym telefonie dalej chciał mnie bajerować. Ale byłam tak wkurzona… odrzuciłam jego „zaloty”. I chyba teraz jest bardziej ostrożny, a ja chciałabym żeby było jak dawniej. Żeby znowu mówił mi takie komplementy i w ogóle…
Z drugiej jednak strony boję się. Ta cholerna różnica wieku. Przeraża mnie to. Kiedy po pewnym treningu nabijał się, że jestem jego żoną i wziął mnie pod rękę poczułam się… okropnie! Dziwnie, nieswojo, tak jakby ktoś się ze mnie śmiał, robił sobie ze mnie żarty, grał na moich uczuciach. Jakby to był jakiś chory sen a nie prawda.
Chciałam porozmawiać o tym z księdzem, bo ten, który mnie uczy jest świetnym człowiekiem. Ale zmieniłam zdanie. Przecież dobrze wiem co usłyszę z jego ust. „Małżeństwo jest święte, musisz o Nim zapomnieć, to nie ma sensu.” A ja nawet nie wiem, czy jestem człowiekiem wierzącym.
Później pomyślałam o koleżance z karate, bo jest spoko osobą. Ale ona przecież tego nie zrozumie. Pewnie nawet nigdy nie była w takiej sytuacji. A jeśli mnie wyśmieje? Nie, o tym nie może wiedzieć więcej osób. Powiedziałam tylko pewniakom, tym, którym bardzo ufam. I lepiej niech tak zostanie.
Zapewne czytacie to i myślicie, że jestem nienormalna. Nie, ja nie jestem nienormalna, chociaż wielu tak sądzi, choćby po przygodach z panią Ż. Ja jestem po prostu inna. Mam inne potrzeby, inne upodobania niż 99% społeczeństwa. I mam gdzieś co myślą inni o tym uczuciu i o mnie. Właściwie nie wyobrażam sobie nawet być z rówieśnikiem. To nawet nie chodzi o to, że to banda idiotów zachowująca się jak dzieci. Starsi są po prostu… 100 razy seksowniejsi niż ci w moim wieku. To jest moja opinia i nic nie wskazuje na to żebym ją zmieniła.
„Kochać Cię tak trudno gdy Ciebie brak, serca sos, a duszy wrak…”
Kocham tę piosenkę. „We mgle biały ptak”. Przypomina mi o ZI.
Jeszcze wypadałoby napisać o sprawie własnego konia. Zrezygnowałam. Po pierwsze nie mogę mieć żadnego konia z tych, które upatrzyłam. Verona odkupiona, na Vivę rodzice się nie zgadzają, bo nie jest zajeżdżona. Po drugie nie wyrobiłabym się. Teraz mam mało czasu, a co dopiero w LO. I koń. Niemożliwe. Jestem za bardzo leniwa. I za bardzo pojebana.
Zastanawiam się czy nie założyć sobie stałego aparatu. Jedyne czego się boję to to jak ja będę w tym wyglądać. A jeśli… jeśli On nie będzie chciał… mnie pocałować… przez aparat? Wiem, to brzmi pewnie komicznie, bo to nawet mało prawdopodobne, żeby do tego kiedyś doszło. Ale ja naprawdę mam takie obawy. Że nikt nie będzie mnie chciał przez żelazny uśmiech…
Myślę o zmianie szablonu, ale na razie nie mam czasu szukać. Albo może nie tyle nie mam czasu co nie mam ochoty. Nienawidzę szukać szablonu. Strasznie dużo czasu zajmuje przekopywanie całego neta, zastanawianie się nad wieloma szablonami, który jest najładniejszy… Bawienie się
html’em. Zresztą nie mogę długo przesiadywać bo mnie kręgosłup boli…
Zastanawiałam się ostatnio nad sylwestrem. Nie mam pojęcia gdzie mogłabym go spędzić i z kim. Nie chcę jak co roku siedzieć w domu. Trzeba się wkręcić gdzieś na imprezę…
„Utonęłam z sinej mgle…”
Gratuluję wytrwałości tym, którzy przeczytali.
IV.
piątek, 1.sierpnia.2008, 23:26
Od ostatniej notki minęły już prawie trzy miesiące. Nie ważne jest już dla mnie to, że przez tyle czasu nie napisałam ani zdania. Liczy się tylko fakt, że od tamtego czasu panią Ż miałam w ręce już tylko kilka razy. Nie pamiętam dokładnie którego dnia był ten „ostatni raz”, ale wiem na pewno, że wytrzymałam cały czerwiec i lipiec. Nie chcę jeszcze mówić „hop”, bo boję się zapeszyć. Ale myślę, że jednak już tam nie wrócę. Rzadko czuję tę chorą pokusę, a nawet jeśli to jest już coraz słabsza i umiem powiedzieć sobie „nie”…
Wygrana?
Raczej tak bym tego nie nazwała. Przegraną było już samo wejście w ten pieprzony świat. To jest raczej podniesienie się po upadku i powolne godzenie się z samą sobą. Oswajanie się z myślą, że tak, zrobiłam to. I nigdy o tym nie zapomnę. Ale jakoś trzeba żyć dalej, prawda?
Zadziwiające jak mało czasu potrzebowałam, aby zrobić pierwszy krok w kierunku pani Ż, a jak wiele dni, miesięcy potrzebuję, aby pogodzić się ze swoją przeszłością…
Zauważyłam, że na tym blogu cały czas tylko się żalę, a głównym tematem jest prawie tylko pani Ż i pani Ż… Frustrujące i denerwujące jest to zapewne dla czytelników, ale dla mnie ten temat wciąż nie chce zgasnąć.
***
Bo i niby o czym mam pisać? Traktuję tego bloga raczej jako miejsce przelania myśli i uczuć, a nie wypisywania nudnych faktów z codziennego życia…
Chociaż niektóre wcale nie są nudne.
Na przykład obóz w Lewadzie, z którego wróciłam dwa dni temu. Dziesięć niezapomnianych dni, chyba najlepszych tym roku. Tylko szkoda, że zapomniałam o aparacie…
Ale jakoś nie chce mi się opisywać co się działo. Za dużo czasu by mi to zajęło.
„Pani Żania nie pozwoli żeby uczeń przerósł mistrza” – jeden z najlepszych tekstów obozu :)